Kobiety z Ravensbruck – czytanie performatywne

Odebrałam to przedstawienie jak biało-czarną szachownice.  Białe to te fragmenty, które mi się podobały




Od dawna interesuję się wojennymi losami kobiet, które przeżyły Holocaust, znam wiele z nich w USA i Kanadzie, i mieszkając tam często uczestniczyłam w różnego rodzaju spotkaniach, wieczorach wspomnień, wykładach, spotkaniach w szkołach oraz w Muzeum Holocaustu w Detroit. Robiłam wiele wywiadów radiowych na ten temat, i niemal na co dzień miałam do czynienia w Kanadzie z osobami, które to wszystko przetrwały.
Dlatego z radością przyjęłam w kwietniu br. zaproszenie na długo wyczekiwana inscenizację teatralną, dotycząca obozu dla kobiet w Ravensbruck.  Jestem i byłam namiętnym bywalcem teatrów, mama zabierała mnie na poważne przedstawienia gdy jeszcze raczkowałam.
Zjawiłam się w Instytucie Teatralnym na Rozbrat w Warszawie dużo wcześniej, i widziałam jak całe wielopokoleniowe rodziny przybywają ze swoimi seniorkami.  Bardzo to było mile.  Eleganckie stroje, piękna biżuteria, uśmiechy, przywitania, serdeczności, takie normalne życie, triumfujące mimo tych tragicznych wydarzeń sprzed 67 lat.
Przedstawienie a raczej zgodnie z językiem teatru czytanie performatywne, w którym wzięły udział 3 byłe więźniarki obozu w Ravensbruck oraz 10 uczennic z warszawskich szkol i jedna młodziutka aktorka było efektem kilku miesięcznej współpracy uczennic i warszawskiej grupy byłych więźniarek.  Te seniorki, które wystąpiły na scenie, reprezentowały o wiele większa grupę swoich koleżanek siedzących na widowni, a także i te z pań, które nie mogły ze względów zdrowotnych przyjechać do teatru.

Czytanie performatywne zatytułowane zostało "Pamięć Praktyczna" i oparte m.in. na działaniach projektu "Odzyskać z niepamięci" realizowanych tak interesująco przez Hannę Nowakowska z Fundacji na Rzecz Kobiet JA KOBIETA i Elżbietę Sęczykowska z Fundacji MECENAT SZTUKI we współpracy z Instytutem Pamięci Narodowej od kilku już lat.

Z ramienia Instytutu Teatralnego, który realizował „Pamięć Praktyczną”, reżyserią zajęła się Ewelina Marciniak, dramaturgią Ida Garncarczyk, choreografią Dominika Knapik, aktorka była Justyna Wasilewska a na kontrabasie grał Marcin Nenko

Samo założenie tego przedstawienia: połączenie współczesnych młodych dziewcząt, żyjących sobie teraz w maksymalnie optymalnych warunkach z horrorem tego, co przezywały wtedy, będąc też osiemnastolatkami, byłe więźniarki obozu Ravensbruck, jest bardzo ciekawe i pobudzające wyobraźnie.  Taka koncepcja mogłaby trafić łatwiej do dzisiejszej młodzieży, a nam, ludziom w średnim wieku, uzmysłowić jeszcze bardziej, jak pokrzywdzone w czasie II wojny zostało cale pokolenie młodzieży europejskiej.
Moim zdaniem nie wszystkie możliwości, jakie daje tak ciekawy temat, oraz połączenie seniorek-autentycznych  byłych więźniarek, świadków tamtych czasów z bujną młodością współczesnych osiemnastolatek, zostały wykorzystane.
Czułam, oglądając to przedstawienie, że reżyserki, lub ktokolwiek przygotowujący scenariusz, nie miał żadnej koncepcji, i nie wiedział co chce przedstawić.
Odebrałam to przedstawienie jak biało-czarną szachownice.  Białe to te fragmenty, które mi się podobały, w których brały udział byle więźniarki, to było czytanie spójnego tekstu i moje serce było tym bardzo poruszone.
A czarne, to te chwile, kiedy choreografia osiemnastolatek na scenie z niczym mi się nie kojarzyła, do niczego znanego mi nie nawiązywała, to były, moim zdaniem prawdziwe czarne dziury.
Pomyślałam sobie nawet, ze coś w tej Polsce, w której nie mieszkam  już 26 lat, zmieniło się aż tak bardzo, ze nie rozumiem współczesnego teatru.  Tylko że dobry teatr, teatr który ma coś do powiedzenia, jest zrozumiały i zachwyca na całym świecie, bez względu na język aktorów.
Nie zrozumiałam znaczenia dziwnych gestów i całej skomplikowanej choreografii, wykonywanej przez uczennice.  Nie rozumiem, dlaczego wypowiadały zdania po francusku.  Nie było żadnej dramaturgii.....
Nie rozumiałam, dlaczego w tekstach ciągle pojawiał się motyw królika, potraw z królika, przepisów jak podawać królika.....  Jeśli chodziło reżyserom/scenarzystom o nawiązanie do królików doświadczalnych, jakimi były więźniarki w Ravensbruck, to można to było przedstawić subtelniej.
Nie zrozumiałam też, dlaczego jedyna aktorka w tej sztuce grała z zapamiętaniem osobę chorą umysłowo.  Jeśli miało to oznaczać, ze horror obozu koncentracyjnego doprowadza do szaleństwa i nerwicy, to można to było ująć bardziej lapidarnie, zwięźle.  Nie trzeba było grać aż tak dosadnie, że miałam ochotę wyjść z sali.
Myślę też, że tego rodzaju sceny mogą być niedelikatnością i arogancją wobec autentycznych świadków z obozu Ravensbruck.  Mogą przywołać bolesną traumę tamtych lat.  I w takiej sytuacji należy działać delikatnie, nie stawać się sępem, który za wszelka cenę musi się pożywić.
Wiem, ze temat przedstawienia jest niesłychanie trudny, i jest wyzwaniem dla każdego reżysera/scenarzysty.  Dlatego może nie jest to temat poruszany przez teatr tak często.
Wiem również, ze twórczynie tego przedstawienia są młode, i to może być właśnie ich atutem, bo operują świeżością spojrzenia.  Jednak ja miałam wrażenie że nie było żadnej spójności w tym przedstawieniu, nie rozegrano tego nawet muzycznie, choć na scenie obecny był kontrabasista z instrumentem.

Pamiętajmy: to nie było przedstawienie z udziałem samych aktorów, którzy udają.  Tu i na scenie, i na widowni były autentyczne byłe więźniarki !  I ich rodziny.
I można było z większym szacunkiem i troską podejść do tego również przed przedstawieniem.  Otóż zaobserwowałam że w hallu wejściowym nie było wystarczającej ilości miejsc do siedzenia dla byłych więźniarek i zaproszonych gości.  Wiele z pań (ponad osiemdziesięcioletnich więźniarek obozu, w którym robiono doświadczenia medyczne!) stało o kulach i laskach, podtrzymywanych przez tez starsze już córki.  To stanie w ścisku i dusznym hallu  przedłużało się, a rozpoczęcie przedstawienia znacząco się opóźniało. Następnie wszyscy czekający zostali powitani przez reżyserkę i inne osoby organizujące ten projekt, i znowu, zamiast zaproszenia do sali i zajęcia upragnionych miejsc siedzących trzeba było wysłuchać (nie wszyscy mogli usłyszeć, bo stali daleko) kilkunastominutowego opisu projektu i przedstawienia.  W moim odczuciu był to akt egoizmu organizatorów i kompletny brak zdrowego rozsądku, żeby  dopuścić do tak długiego stania tylu starszych osób. Czułam się jak na wielogodzinnym apelu obozowym!  Ale jak widać, kto przeżył Ravensbruck, przetrzyma także współczesna arogancję, lub może tylko niedelikatność realizatorów?  Może brak empatii?

Mimo tylu słów krytyki, widzę jednak ogromny potencjał w tym pomyśle zderzenia wspomnień seniorek-więźniarek z dzisiejsza przecudowna i dynamiczna młodzieżą.  Takie przedstawienia, może w ulepszonym formacie, powinny powstawać teraz właśnie, dopóki jeszcze mamy tylu świadków tamtych wydarzeń.  Można przecież wykorzystać ten pomysł wielokrotnie, stworzyć spójne, dynamiczne i wymowne przedstawienie, zrozumiale w każdym kraju, i w każdej kulturze.

Widziałam, jak po zakończeniu przedstawienia wszystkie osiemnastolatki serdecznie przytulały byłe więźniarki, z którymi bardzo się zżyły w czasie przygotowań do przedstawienia.  I to było dla mnie najważniejsze w tym działaniu, najcenniejsze: te przyjaźnie, to zrozumienie, cierpliwość,  współodczuwanie, które powstawało w czasie pracy nad sztuką.  Ten czas wspólnie spędzany, ta Historia poznawana z pierwszej ręki, są to wartości bezcenne.  Te młode dziewczyny nauczyły się historii w sposób niekonwencjonalny i będą to pamiętać i odczuwać całe życie.  A te niegdysiejsze  dziewczyny, których młodość zabrał obóz i wojna, mogły odczuć teraz prawdziwe tchnienie beztroskiej młodości, zawiązać nowe przyjaźnie i przyczynić się do międzypokoleniowego zbliżenia.
Jestem pełna szacunku i podziwu dla byłych więźniarek, że zdecydowały się na taki trudny krok, jak przezywanie tej traumy jeszcze raz, na scenie i na widowni.
I jestem zachwycona tą postawa pań byłych więźniarek, które są uśmiechnięte, rozpromienione, eleganckie i nie tylko zadowolone, ale i szczęśliwe w otoczeniu rodzin i nawet podróżują co roku do Niemiec, na obchody rocznicy wyzwolenia obozu w Ravensbruck.
Jak widać, wszystko w życiu jest możliwe i to że mogło się takie czytanie performatywne  „Pamięć Praktyczna” odbyć, to prawdziwy triumf życia nad cierpieniem.


Tekst i zdjęcia Helena Kreowska, miłośniczka teatru

Projekt realizowany został przez Fundację na Rzecz Kobiet JA KOBIETA we współpracy z Instytutem Teatralnym im. Zbigniewa Raszewskiego, sfinansowany z programu „Seniorzy w Akcji” Towarzystwa Inicjatyw Twórczych „ę”.




Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =