Kotomania

Wszystko zaczęło się dawno, dawno temu kiedy jeszcze nie było ery kite-katów, wiskas'ów, eleganckich toreb do przenoszenia kotów, wygodnych kuwet, bezzapachowego żwirku, tylko zwykła, tania ryba, resztki z obiadu, piasek podbierany po cichu z jakiejś okolicznej budowy  wsypany  potem do starej, wysłużonej  już  większej  formy do pieczenia ciasta...

Pewnej niedzieli poszliśmy z moim synkiem, wówczas w wieku szkoły podstawowej, na okoliczny targ, na którym oprócz części handlowej, w której można było kupić wiele rzeczy niedostępnych wówczas w sklepach, wydzielona była część, tak zwana  „przyrodnicza”. Zjeżdżali tam z całego Dolnego Śląska, bo działo się to we Wrocławiu, gdzie wówczas mieszkaliśmy, pasjonaci i hodowcy zwierząt z małymi pieskami, rybkami, chomikami, kurami, królikami itd., przeznaczonymi oczywiście do sprzedaży. Jak to zwykle bywa w takich miejscach, więcej było oglądających niż kupujących, ale zdarzało się też, że następowały transakcje i to na całkiem poważne, duże sumy...

I właśnie owej niedzieli trafiła nam się  transakcja, ale, że tak powiem, bezgotówkowa jeśli chodzi o pieniądze natomiast,  bezcenna jeśli chodzi o uczucia... Od tamtej pory bowiem staliśmy się niekwestionowanymi wielbicielami naszych „braci mniejszych”.....

Otóż  w tłumie sprzedających, kupujących i oglądających zauważyliśmy małą dziewczynkę, która pochylała się nad  otwartą torbą stojącą na ziemi. Kiedy podeszliśmy bliżej zobaczyliśmy, że z torby wystają  główki... czterech  małych kociąt ! Dziewczynka powiedziała nam, że przyszła je oddać za darmo, bo nie może mieć w domu więcej kotów !

Wracaliśmy do domu trzymając za pazuchą szarobiałe kocię, wystraszone, czepiające się pazurkami swetra, popiskujące cichutko!

No i zaczęło się! Kotek kiedy już oswoił się z domem, odkarmił i poczuł pewność swojej sytuacji przystąpił do ustawiania domowników wg swoich potrzeb czemu poddawaliśmy się z niewolniczą pokorą!

Rano nie było żadnego dłuższego spania zwłaszcza w sobotę i  niedzielę! O 5.30 musiało być śniadanko, na które składał się ostrobok wystany przeze mnie w kolejce w sklepie rybnym, szybko rozmrożony, podgotowany, wystudzony za oknem, co w jesienny poranek, kiedy wystawiałam talerzyk za okno zasłaniając koszulą nocną szyję przed przenikliwym zimnem, było nie lada poświęceniem, ale przychodziło mi ono bez najmniejszego trudu byle tylko rybka nadawała się już do jedzenia! Postawienie talerzyka w miejscu „stołowania” powodowało sprint szybszy od prędkości światła, a potem lube „ciamkanie” do ostatniego kęsa wraz z wylizaniem całego talerzyka. Do tego mleczko, śmietanka, którą szczególnie lubił, roztrzepane jajeczko, biały serek – i ciągły strach w oczach czy to wystarczy!

Najedzony kotek, ani myślał dać w nagrodę właścicielom możliwość dalszego pospania! Teraz pokrzepiony na ciele pragnął coś dla ducha czyli … kociej zabawy! Najlepiej oczywiście takiej, w  której będzie mógł ćwiczyć swoją sprawność potrzebną, zgodnie ze swoją naturą, do polowań, szczególnie na odwiecznych swoich wrogów, a mianowicie  myszy....

Leżąc w łóżku z zamkniętym jednym okiem i jedną ręką pod głową drugą ręką „kręciłam” młynka kulką na sznurku i obserwowałam drugim otwartym okiem kocie harce! Takich podskoków, wykrętasów w powietrzu, natychmiastowego refleksu nie ma chyba nikt ze świata zwierząt  nie mówiąc już o ludzkim, z latami przypominającymi coraz bardziej czołg bez paliwa...

 W południe, punkt o 14.00 była drzemka. Nie było zmiłuj się żeby budzić i popisywać się na przykład przed gośćmi jakiego mamy wspaniałego kota. Nie wstał, kulił się jeszcze bardziej, a kiedy i to nie wystarczało odpędzał się  drapiąc  łapką aby dać mu spokój. Chodziliśmy na palcach, telefon był wyłączony, kot śpi, dom nie funkcjonuje...

O 17.00 była zabawa w „chowanego”. Po drzemce bowiem i obiadku z resztek kurczaczka, zupie pomidorowej, którą szczególnie  uwielbiał, następowała gonitwa po mieszkaniu...Pokoje były naprzeciw siebie więc najpierw sprint do dużego i schowanie się za telewizor raz po raz wystawiając jedno uszko i oczko sprawdzające czy się zbliżam.... Robiłam to jak najciszej, prawie na czworakach żeby mnie nie zobaczył, ale od czego koci węch, słuch i wzrok! Jedno wystawienie choćby ćwierć oka i najlżejszy szmer kolejnego mojego kroku to były aż za duże oznaki zbliżania się aby dalej czekać! Wyskakiwał jak z katapulty i pędem do następnego pokoju naprzeciw ! A tam za narożnik i znów ten sam manewr. Najpierw oko i uszko wystające i  szybko chowające się kiedy byłam jeszcze daleko, a kiedy zbliżałam się niebezpiecznie blisko sprint za telewizor! Trwało to zazwyczaj godzinę aż domownicy wnosili sprzeciw bo głównie ja brałam w tym udział !

Było jeszcze kiedy syn wracał ze szkoły huśtanie na nodze, a potem piruety w powietrzu, zjeżdżanie pazurkami po  tapecie  w przedpokoju, która robiła się coraz bardziej postrzępiona, wskakiwanie na półki regału, na których stały różne „durnostojki” wybite w „drobny mak” jeśli były z cienkiego  szkła i upadły na podłogę …

Ale to wszystko nic w porównaniu z tym kiedy siadał bliziutko na wersalce, przytulał się  mrucząc rozkosznie, kiedy siedział pod drzwiami i czekał kiedy wracało się do domu, kiedy oblizywał się po jedzeniu patrząc z wdzięcznością w oczy, kiedy pilnował swojej kuwety i nigdy nie załatwił się gdzie indziej, kiedy miał swój rozkład dnia i przestrzegał go jakby był najdokładniej zapisany w wielu kalendarzach, co napawało nas wciąż tym samym podziwem....

I tak od niego zaczęła się nasza „kotomania”. Od tej pory wszystko co wiązało się z kotami stało się bliskie! Każdy prezent to coś z kotem, koleżanki w pracy jeśli chciały zrobić mi przyjemność czy to na imieniny, czy wracając z wakacji, czy z jakiejkolwiek innej okazji zawsze była figurka kota choćby najmniejsza. Stoją teraz u mnie, naliczyłam, jest ich ponad 50 i każda z nich ma zakodowaną w sobie radość z wręczania i otrzymania, uściski, życzenia! Teraz na emeryturze są najpiękniejszą pamiątką tamtych lat !

Zaczęłam też zbierać z gazet wycinki o kotach. Mam trzy grube bruliony z dwudziestu paru co najmniej lat, a tam różności wszelakie. Pierwszy zeszyt ma tytuł „Głos kota”, drugi „Kot dobry na wszystko”, trzeci to po prostu „Koty III”. Jest tam i o tym jak kot swojemu właścicielowi uratował życie, jak sam uratował się przed pożarem wskakując do lodówki, są koty- spadochroniarze, jest polsko - niemiecka wojna o kota, o tym jak kotka Murka poradziła sobie z bagnami, lasami i rzekami i wróciła wywieziona do domu z odległości 700 km, Iga Cembrzyńska opowiada o swoim kocie, który lubi winogrona, Elizabeth Taylor  w swoim czasie po ostatnim rozwodzie zamieszkała ze swoimi trzema kotami uznając, że te przynajmniej jej nie porzucą, pewna hrabina z Wiednia cały swój okazały majątek zapisała  swoim dwudziestu kotom, jest o pewnym  kocie, który  jedzie do Unii Europejskiej  i wiele, wiele innych ciekawostek, a ponadto dużo wierszyków w tym największych poetów jak choćby Wisławy Szymborskiej, satyryczne rysunki i zdjęcia kocich piękności !

Na razie nie mamy kota, ale czujemy, że zbliża się już po cichutku  i  przy najbliższej okazji  upoluje nas i ubezwłasnowolni znów czemu poddamy się  jak dawniej  bezgranicznie...


Ewa  Radomska, 26.01.2015


Zdjęcie  DanCza


Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =