Druga rozmowa z Teresą

W Londynie zostałam jeszcze rok, a potem pojechałam do Wiednia i złożyłam papiery na oficjalny wyjazd do Stanów, jako pełnotłusty obywatel - co sponsorował Ojciec.

Czekając na papiery podjęłam znowu pracę jako au pair. Zresztą u konsula szwedzkiego. Ciekawe było obserwowanie ich życia, ich obowiązków. Ta praca skończyła się, no i zaczęłam szukać nowej. Dowiedziałam się, że w ambasadzie australijskiej potrzebny jest tłumacz polsko-angielski dla emigrantów polskich udających się do Australii. Ponieważ angielski był już wówczas dla mnie językiem naprawdę dobrze oswojonym, pomaszerowałam po tę pracę. Oczywiście miejsce było już zajęte.

Ze skwaszona miną zjeżdżam windą rozglądam się - stoi w windzie nieprawdopodobnie przystojny facet. Opalony, z pełną gębą perłowych zębów, blondyn, więc nie w moim typie, ale po prostu piękny. Stoi, uśmiecha się do mnie i zagaduje; „No następna osoba ze skwaszoną miną. Niech zgadnę – miała być praca i nie ma?” Mówię, że tak, no i wywiązuje się rozmowa, w której opowiadam mu pokrótce co chciałam tutaj robić, co umiem i co robię we Wiedniu.

Na co on mówi – dziewczyno z nieba mi spadłaś. Okazuje się, że on jest konsulem australijskim, w najbliższych dniach ma wyjechać z żoną na wakacje, które są jakieś niezwykle ważne dla ich małżeństwa, planowane od dawna, a tymczasem ich stała au pair właśnie z jakichś powodów rozstała się z pracą u nich. Tymczasem oczywiście nie będą mogli pojechać, jeśli nie znajdą kogoś do sensu na jej miejsce. A wiadomo, że taka osoba musi spełniać ileś warunków i wygląda na to, że to właśnie ja. Czy mnie by co takiego interesowało? Ja na to, że nie wiem. Zastanowię się. On – słuchaj tu jest adres mojego domu, zaraz zawiadomię żonę, że przyjedziesz. Porozmawiaj z moją żoną, zorientuj się, czy to ci pasuje, ale nie ukrywam że uratowałabyś nam parę ważnych spraw, jak choćby te nasze wakacje i szczęście małżeńskie na tę chwilę.

No więc – nie mam nic do stracenia – jadę tam. Dom piękny. Otwiera mi facetka, która wygląda jak Sharon Tate. Okazała się zresztą być niegdyś profesjonalną modelką. Bardzo swobodna, na bosaka, włosy fruwają, kawka .. no i ona mi się po prostu bardzo spodobała. Oboje zresztą okazali się bardzo mile bezpośredni. No i mówi, słuchaj dzisiaj będzie garden party, musisz koniecznie przyjść. Poznasz bliżej nasz dom, jego atmosferę. No i mówi mi jakie będą warunki mojej pracy; mam szofera do swojej dyspozycji – zakupy, wożenie dziecka itd. Mam otwarte konto, z którego mam czerpać w miarę potrzeb na bieżące wydatki. Mam sobie wybrać do współpracy sprzątaczkę, która mi odpowiada. Gdybym chciała skorzystać z dnia, czy wieczora wolnego, mam telefony do au pair na godziny, no bo przecież wiadomo, że człowiek musi się odprężyć po pracy. Ale to, co przeważyło szalę i sprawiło, że przyjęłam tę pracę – to był jej samochód, który mogłam używać. Był to mianowicie morgan. Przecudny, ręcznie robiony sportowy samochód. Takim mniej więcej jeździły osoby typu Grace Kelly.

No więc mogę nim jeździć, ale bez dzieci. No i temu to już nie mogłam się oprzeć, jak łatwo zrozumieć. Dzieci były w wieku 11/2 i 4 lata.

Zajęłam się nimi bardzo odpowiedzialnie. Nauczyłam je jeść bez plucia, jajeczka i banany na śniadanka, nauczyłam chłopczyka regularnego i świadomego siusiania. Bajeczki na noc.

Jak rodzice wrócili nie mogli poznać dzieci. Zadowolone, wybawione itd. Zdrowe jedzenie w lodówce. Mnie do wyjazdu zostały jeszcze ok 2 m-ce. Więc oni na to, że od teraz już jesteś wyłącznie naszym goście, dopóki pozostajesz we Wiedniu. Nigdzie się już nie ruszaj, niczego nie szukaj, odpocznij trochę dziewczyno. Jednym słowem szalenie żeśmy się zaprzyjaźnili ze sobą. W wolnych chwilach uczyłam pewnego miłego Austriaka, w odpowiednim wieku i powierzchowności, języka polskiego, ponieważ jeździł do Polski kupować konie w stadninach i chciał coś niecoś rozumieć. Wywiązała się z tego bardzo przyjemna znajomość, a ponieważ był ciężko przystojny i bardzo zainteresowany więc chadzanie z nim to na kolacje, to do galerii i ówdzie - było dość miłe.

Także pobyt we Wiedniu wspominam sobie jako najpiękniejszy okres w tamtym czasie. Po prostu bajka. A ponieważ było baaardzo miło, to prawdę mówiąc przestało mi się śpieszyć do Stanów, Ojca i przyszłych studiów. A Ojciec zniecierpliwiony naciskał. W końcu stanęło na tym, że nieodwołalnie na 21 urodziny mam być u niego. I tak też się stało.

No więc odebrał mnie z lotniska. Po przyjeździe dowiedziałam się, że świetnie że przyjechałam. Że jestem cała zdrowa, że tu jestem. Ja wyobrażałam sobie, że teraz zaczną się studia, że jakieś miejsce do życia rodzinnego powstanie. Że zaczynamy drugą, może nieco spóźnioną, ale jednak część życia rodzinnego. Powoli zaczęłam się orientować, że chyba się mylę... rozglądając się po jego mieszkanku stwierdzam, że to typowe miejsce singla; lustra nad łóżkiem, włochacze na podłodze, a on sam cały młody, opalony i zadowolony z życia. Dość szybko orientuję się, że tak naprawdę nie bardzo mu pasuje moja obecność. Panienki mniej więcej w moim wieku przewijały się jedna po drugiej, Ojciec w sexy sportowym samochodzie i ciemnych okularach, opalony i pełen wigoru. Wyjaśniło się też już na zupełnie jasno, jak ma wyglądać moje życie. Mam pracować i sama opłacać sobie studia, no i najlepiej mieszkać oddzielnie, bo chyba sama widzę, że to nie jest miejsce do mieszkania dla 2 osób.

No i cóż dalej.. po miesiącu szukam pracy w zawodzie rzecz jasna który znam. Dostaję pracę w San Francisco u Pani zajmującej się modą, która natychmiast doceniła mój europejski szyk i elegancję. Szkoda, że nie mogła widzieć co miałam z bielizny na sobie, bo to było jeszcze bardziej modne i eleganckie, ale to już pozostawało w sferze moich najbardziej prywatnych przyjemności.

Pani zostawiła mnie ze swoim mężem i dzieckiem, a sama odpłynęła w siną dal do spraw zawodowych, gdzieś w Paryżu, czy Londynie - albowiem zajmowała się zaopatrywaniem sklepów w kolekcje mody europejskiej. Niezbyt mi się to spodobało, obawiałam się, że samotny tatuś może okazać się kłopotliwy w wiadomym aspekcie... ale na szczęście był facetem pracującym od rana do nocy. Do domu przychodził spać. Mijaliśmy się w jego biegu rano. Tymczasem życie z Tatą jakoś się – ze mną na kanapie w salonie – dalej toczyło. Sąsiedzi na przydomowym basenie nie kryli zdziwienia, że Tony, ten młody i pełen wigoru facet ma dorosła córkę. .

Ojciec jest pedantem. Każdy kubeczek i każda szklanka miała swoje miejsce i do przesady było to przestrzegane. Ten kubek do mleka, ten do kawy, a ta szklanka tylko i wyłącznie do wody. No i koncentracja wyłącznie na swojej osobie w każdym aspekcie życia. Nie ma co kryć, nie czułam się z nim dobrze.

Więc znalezienie pracy, swojego oddzielnego miejsca i rozpoczęcie jakiejś szkoły było moim pierwszym i naglącym pomysłem na ciąg dalszy. Studia. To było moje marzenie i kiedyś w dalekiej już przeszłości dookreślone. Wszystkie zażalenia wieku kilkunastu lat kwitowano – ”... jak będziesz na studiach, to będziesz wracać do domu o której chcesz, jak będziesz studiować to ci będzie wolno...”.Obiecywano mi, że studia to będzie mój najlepszy czas w życiu.

W realiach okazało się, że ten obiecywany rajski czas wyglądał tak, że pracowałam najpierw przez cały dzień, potem już tylko wieczorami. W dzień studiowałam w szkole, która była w najbardziej chyba mglistym miejscy San Francisco. Niewykończona, brzydka – podobna wizualnie do najbrzydszej architektury ery gomułkowskiej w PRL. Tak mi się w każdym razie kojarzyła. Brak miejsc do parkowania, zimno, nad morzem, zawsze w dżdżu, nikogo nie znam. Nie było miejsca, żeby razem wypić kawę pomiędzy zajęciami, bo jeszcze nie były wybudowane. Studiowałam psychologię. Tymczasem zauważyłam, że znacznie bardziej interesują mnie dodatkowe przedmioty, które można było sobie dobierać swobodnie . Były dość odległe od tych kierunkowych - np historia sztuki, historia stroju itp.

Zapisałam się więc dodatkowo na typowy dla Stanów i nudzących się gospodyń domowych kurs historii sztuki, który oczywiście poza tym, że kosztował nie miał żadnej wartości. Dopiero po kilku latach przestudiowałam ten temat na poważnie.

Z Polski dostawałam listy smutne i stęsknione. Ja pisałam pozytywnie. Niezależnie od tego jak się akurat działo Ale faktem jest, że miałam masę energii. Wypełniałam czas do maximum, aby nie zostało w nim nawet chwili dla refleksji. By nie zgłębiać tego co trudne i nie zastanawiać się nad tym. Pęd do działania, który nie zostawiał ani jednej wolnej minutki, by zastanowić się – kto ja jestem, czego chcę, gdzie ja stoję w tej chwili. Po wielu latach uświadomiłam sobie, że to jest typowe dla mojego życia. Wypełnienie do maxa. By się nie zastanawiać. Wyborów dokonuję szybko, są dla mnie jasne. – już wiem, tak robię i koniec. A ponieważ dokonuję wyborów zgodnie ze sobą, więc czy są one dobre, czy złe – są one z cała pewnością, w 100% moje. Ze świadomością, że nawet jeśli coś mi nie wyjdzie, jeśli się myliłam, to ja sobie dam z tym radę.

No niestety muszę tu również się przyznać, że często dokonywałam wyborów – co się najbardziej świeci - musi być moje .Co jest bardziej kolorowe, przyjemniejsze. Życie wydawało mi się złożone z marzeń, a przecież marzenia są kolorowe.. Że jak coś marzysz i pójdziesz za tym z całą siłą – to dostaniesz to. Życie bez marzeń, bez wyobrażeń, bez koloru. wydawało mi się jakąś koszmarną szarzyzną, która nie miała nic wspólnego z tym jakie życie jest naprawdę... to nie był mój pomysł na życie

A z drugiej strony – w sprawach sercowych – ten sposób działania zupełnie się nie sprawdzał. Postępując jak w innych sprawach – bez wahania do celu, nie dawało rezultatów zbliżonych do tych dotyczących życia i kariery... W dupę dostawałam nieźle. Emocje – pójście za sercem, dzisiaj kocham – i nic więcej. Nie byłam w stanie wpuścić się w refleksje, jak nasze życie będzie wyglądać za rok, czy dwa. Co mamy ze sobą wspólnego poza dzisiejszymi uniesieniami. Jednym słowem – całą długością za sercem. A jak wiadomo ... to nie najlepszy pomysł. Płaciłam za to depresjami. Gdy okazywało się, że moja miłość to moje następne wielkie nieporozumienie – lądowałam w łóżku z chandrą. Z książkami, kawą i papierosami. Olewałam wszystko. Spędzałam w ten sposób kilka dni i zwykle moi przyjaciele siłą wyciągali mnie z wyra i stawiali tej łóżkowej balandze kres. Pomagali mi wracać do życia. To tak , jakbym musiała na chwilę wyłączyć się z ogólnego obiegu. Ogólnej sieci. To zwraca poczucie siły, to pozwala osiąść wszystkiemu na miejscu we właściwej kolejności i hierarchii wartości.

Z cyklu "Nieformalne CV" część druga rozmowy cdn
Ewa Kubicka (wywiad i zdjęcia)

Przeczytaj również  pierwszą część  -  Rozmowa z Teresą



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =