Irena Kwapisz - w sukience a bez kasku

Jestem zadowolona, że jeszcze przychodzę, że coś się kręci. Cieszę się, że działam, nie siedzę w domu. Robię coś, co bardzo lubię.

Irena Kwapisz to starsza, szacownie wyglądająca pani, która od lat prowadzi warsztat motocyklowy przy ulicy Chłodnej 41. Z Panią Ireną rozmawialiśmy w jej warsztacie, w dniu świętej Ireny, z czego - wstyd się przyznać - nie zdawaliśmy sobie sprawy, w związku z czym w żaden sposób nie uhonorowaliśmy solenizantki.

 

Kontakt: Obaj jeździmy na motorowerach i wiemy, że jest Pani postacią znaną w środowisku…
Irena Kwapisz: No jestem, jestem, bo firma istnieje tu od ’37 roku. Dokładnie w tym miejscu, z tym samym nazwiskiem na szyldzie. Na początku mój mąż prowadził tu sklep z rowerami, który istniał przez całą okupację. Działalność motocyklową mąż zaczął na początku lat 50. i prowadził aż do swojej śmierci w 1985 roku. Po śmierci męża ja objęłam firmę i prowadziłam ją na takich samych zasadach co mąż. Zresztą pomagałam mu już wcześniej, więc byłam pewna, że dam radę. A na tym trzeba się znać, pomimo że większość pracy wykonuje mechanik.


Na pewno trzeba. Czy poza obyciem w tych sprawach, ma Pani wykształcenie techniczne?
Mam, musiałam zdawać egzamin cechowy w Izbie Rzemieślniczej. Mam nawet prawo kształcić ucznia. Kiedyś sama rozbierałam silniki. Od A do Z. Pamiętam jak w tym warsztacie rozebrałam w drobny mak duży angielski silnik. Bez rękawic! Byłam zadowolona, że mam ręce po łokcie w smarze. Tylko o złożeniu nie było już mowy.


Jakie motocykle uważa Pani za najlepsze?
Uwielbiam przyjmować MZ-ki. Sto pięćdziesiątki i dwieście pięćdziesiątki, to były bardzo dobre motocykle. Niezwykłej jakości były też niemieckie Simsony. Klienci wciąż przynoszą silniki MZ-tek do remontu. Przeprowadzamy remont generalny: regenerację wału, szlif cylindra, wymianę łożyska, zimmeringi… Składa się i silnik jest jak nowy.


Czy przychodzą jeszcze ludzie z, tak popularnymi przed laty, Rometami – komarami, club ogarami?
Przychodzą. Mam w zeszycie zapisane. Ze trzy silniczki robiłam w tym i w zeszłym miesiącu.


No tak, w tym mój.
Może, choć ja Pańskiej buzi… a jednak. Samochodem Pan przyjechał, ładnym. Wiem, bo wyjrzałam za Panem. W takiej dużej czarnej siatce miał Pan silnik. Martwił się Pan, że brudny. A jaki miałby być? Silnik to nie ciastko, musi brudzić.


Od lat zajmuje się pani naprawą motocykli, ale czy sama jeździ pani na motorze?
Mam prawo jazdy, co prawda przy pierwszym podejściu oblałam egzamin, ale powtórka poszła gładko. To musiał być pięćdziesiąty któryś rok. Teraz ma dziewięćdziesiąt lat i niestety jeżdżę już tylko samochodem.


A miała pani własny motocykl?
Mieliśmy bardzo różne motocykle. Musiałabym spisywać panu na kartce, jakie to były marki. Mąż uwielbiał motocykle. Mam tu jego zdjęcie na motorze, jeszcze jako kawalera. Proszę zwrócić uwagę jak elegancko się przed wojną ubierano. Wystrojeni jak do kawiarni, a to była wyprawa motocyklowa do Gdańska. Bez kasku, bez niczego. Zresztą kiedy ja jeździłam, to nie było obowiązku zakładania kasku. Jeździło się w spódnicy, spodnie nie były jeszcze tak rozpowszechnione wśród kobiet.


Czy wykształciła sobie pani godnych następców, którzy będą mogli przejąć zakład?
Nie, choć jedna z wnuczek uwielbia motory i ma BMW 600. Świetnie jeździ i bardzo się z tego cieszę, ale firmy raczej objąć nie zechce. Niestety pozostałych dwóch wnuczek, radcy prawnego i finansisty, do motocykli nie ciągnie. Zresztą na razie nie myślę o porzuceniu tego co robię. Jestem zadowolona, że jeszcze przychodzę, że coś się kręci, że mam dwóch mechaników. Cieszę się, że działam, nie siedzę w domu. Robię coś, co bardzo lubię.


Gdy zadzwoniłem umówić się na wywiad, powiedziała pani, że niedawno była u pani telewizja. Która stacja?
Jakaś z Niemiec. Wybitnie niemiecka i wybitnie z Niemiec. Dwa razy już byli. Trzy godziny tu ze mną spędzili. Musiałam piłować, szlifować, świecę wykręcać i motorynę z kopa odpalać…


To pani prawdziwą karierę robi…
Ja już dawno ją zrobiłam. Że kobieta pracująca, że w branży motocyklowej… „Gazeta Wyborcza” pierwsza mnie znalazła. Na żywo ze trzy razy w telewizji byłam. Jestem już obyta.

 

Rozmawiali: Jan Libera i Cyryl Skibiński
Zdjęcie: Jan Libera

„Kontakt” 15/10 / Warszawa: WarsSawa.

Tekst ukazał się w Kontakcie #15 (jesień 2010). Temat numeru: "Ład-Nie-Ład", link do strony internetowej www.kontakt.kik.waw.pl



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =