Moje małe sukcesy

Moja rodzina to moja mama, mąż i trzech synów. Całe moje życie toczyło się wokół domu i dzieci oraz pracy. Był to dla mnie bardzo trudny okres życia. Praca zawodowa, wychowywanie i kształcenie dzieci oraz budowa naszego domu. Niestety nie byliśmy i nie jesteśmy ludźmi zamożnymi aczkolwiek jesteśmy tak postrzegani przez nasze otoczenie.

To wszystko przez mój charakter - jestem zodiakalny „Koziorożec”, więc uparta bestia i mimo wielu trudności zawsze osiąga cel. Dzisiaj uważam, że te lata nie poszły na marne, że mam swoje małe sukcesy.

Pierwszy mój mały sukces to jest to, że mimo wielu trudności udało mi się utrzymać rodzinę, już 33 lata jestem mężatką, moje dzieci mają oboje rodziców i zawsze mogą na nas liczyć.

Drugi mój mały sukces to wychowanie i wykształcenie dzieci. Nasze dzieci od najmłodszych lat wiedział ,że nic łatwo w życiu nie przychodzi, że na wszystko trzeba zapracować. Tak się szczęśliwie złożyło, że wszyscy trzej zainteresowali się sportem - kajakarstwem górskim, i po kolei z naszą pomocą i wsparciem odnosili znaczące sukcesy. Ja pilnowałam ich wykształcenia , a mąż sukcesów sportowych. Trzeba było nauczyć ich zwyciężać ale przede wszystkim godzić się z porażką. Często byłam ich psychoterapeutą, aby po każdej porażce motywować ich do dalszej pracy, tak więc każdy z nich (różnica wiekowa między nimi to 4 lata czyli 1-4-8) był w kadrze narodowej, reprezentantem Polski w zawodach międzynarodowych, mają znaczące sukcesy sportowe, każdy własne. Mnóstwo medali, dyplomów i nagród, mają też matury i wyższe wykształcenie sportowe. Ileż trzeba było naszego trudu , aby to osiągnąć, nikt tego nie wie.

Trzeci mój mały sukces to wybudowanie naszego domu. Jest to dom moich marzeń, nie planowaliśmy tego, mieszkaliśmy w blokowisku w M-3 -36,6 m2 bez perspektyw na cokolwiek. W tym czasie na mieszkanie czekało się co najmniej 20lat. Mieliśmy co prawda pracę ale z niskimi zarobkami zresztą tak jest do dzisiaj, bo ciągle pracujemy w tym samym zakładzie pracy. Przez przypadek kupiliśmy działkę za 60zł na 99lat (były to lata 1988/9) i trzeba było podjąć decyzję jak bez pieniędzy rozpocząć budowę. Dzisiaj z perspektywy czasu nie wiem jak to się stało, jak to zrobiliśmy trwało to prawie 15 lat ale dom stoi, daliśmy radę. Nasi znajomi w tym czasie wyjeżdżali na wakacje, kupowali drogie samochody, a my budowaliśmy systemem gospodarczym, czyli praktycznie sami bez kredytu , na który nas nie było stać, ani żadnych własnych oszczędności . Nikt nie wierzył, że damy radę, sama w to do końca nie wierzyłam ale wyznaję zasadę - ”chcieć to -móc”. Porwaliśmy się z tzw. motyką na słońce ale warto było, dzisiaj nam wiele osób zazdrości.

Dzisiaj już moje dzieci są poza domem, samodzielne, mieszkają każdy w innej części Polski ale wracają do nas. Staramy się z mężem czekać na nich i wspierać w miarę możliwości.

Te iluminacje świąteczne (zdjęcie) to dla nich, w lecie wszystko jest w kwiatach niech wiedzą, że tu zawsze na nich czekamy i że tu jest ich miejsce, pomimo, że mieszkają gdzieś tam.

Gdy dzieci opuściły dom musiałam znaleźć sposób na siebie, więc zaangażowałam się w pracę społeczną. Zgłosiłam się jako wolontariusz do istniejącego Stowarzyszenia Osób Niepełnosprawnych, szybko zostałam prezesem i przez ponad 3 lata prowadziłam je z sukcesem. Praca w tym stowarzyszeniu uskrzydlała mnie odkryłam, że wiele mogę i że to wielka przyjemność pomagać innym. Nie byłam tam dla kariery ale jakaś siła wewnętrzna pchała mnie do tych dzieci, sama nie wiedziałam dlaczego. Nie umiałam sobie tego wytłumaczyć ani zrozumieć. Jak to w życiu bywa jak idzie za dobrze to zawsze znajdzie się ktoś, kto chce wszystko zepsuć, tak było i tym razem. Znalazł się młody człowiek który, ma wielkie wyobrażenie o sobie i chciał zostać prezesem, a że sam jest osobą niepełnosprawną z wielkimi ambicjami i oczekiwaniami, bez wahania zrezygnowałam i został prezesem.

Pozostały mi miłe wspomnienia, mnóstwo zdjęć i ogromna satysfakcja, że umiałam dzieciom niepełnosprawnym pokazać inny świat, świat którego nie znały (udział w konkursach, festiwalach, zabawach, wycieczkach, itp.). Tylko w ostatnim roku mojej działalności zorganizowałam aż 25 różnego rodzaju imprez integracyjnych bez nakładów finansowych ale z pomysłem i zaangażowaniem wielu osób, a za tym pieniądze same przyszły od sponsorów. Nie będę opisywać szczegółowo bo może to być odebrane, że się chwalę, a to nie tak. Dodam tylko , że dostaliśmy 2 tys. złotych nagrody od dużej firmy za zorganizowanie zabawy integracyjnej dla 300 osób bez wkładu finansowego i jeszcze na niej zarobiliśmy sprzedając kotyliony i fanty. Zabawa była udana, a prezes tej firmy nie mógł zrozumieć jak można zorganizować coś takiego z takim rozmachem nie wydając złotówki. A jednak można - święta zasada: chcieć to móc. Minęło dwa lata, stowarzyszenia prawie nie ma, a ja dalej działam społecznie tylko bardziej indywidualnie. Zgromadzili się wokół mnie ludzie, którzy potrzebują konkretnej pomocy, więc pomagam. Zakładam konta w fundacjach, załatwiam rehabilitacje, informuję co gdzie i jak można załatwić. Mam swoich podopiecznych, np. Łukasz (23 lata) z porażeniem mózgowym, przez wiele lat nie był rehabilitowany, bo jego mama nie wiedziała gdzie się udać, bo samotnie go wychowuje i mają bardzo skromne środki finansowe. Drzwi były dla niego wszędzie zamknięte. Dwa lata temu dostał się na rehabilitację na 6 tygodni do Buska a to 500km od nas i nie było możliwości zawieść go tam. Wszystkie instytucje i urzędy odmówiły nam pomocy, więc sprowadziłam lokalną telewizję i pojechał, a w roku 2009 był już na 4 rehabilitacjach, a w roku 2010, już wczoraj, pojechał na następną. Świat im się otworzył, założyliśmy konto w fundacji „Zdążyć z pomocą”, ma wielu znajomych a ja jestem tego bardzo dumna. Nie będę opisywała innych przykładów, aby nie wyglądało że się chwalę ale na tym polega teraz moje życie. Mój mąż ma swoją działalność społeczną, współprowadzi klub sportowy, nie ma tam już naszych dzieci ale są inni mali przyszli sportowcy. Jeszcze oboje pracujemy zawodowo jesteśmy w miarę zdrowi i tak oto upływa nam życie. Chciałam założyć nowe stowarzyszenie zdrowego odżywiania, zmiany trybu życia, -”świetne zdrowie, świetna sylwetka, świetne samopoczucie” czyli zgodnie z ogólnoświatowym trendem wellness ale nie znalazłam chętnych. Ludzie wolą siedzieć w domu narzekać, chodzić do lekarza po tabletki zamiast sobie samemu pomóc. Ciągle słyszę zdziwienie: ” a tobie się chce tak działać?” A ja odpowiadam: tak mi się chce. Zmieniłam swoje nawyki żywieniowe, jeżdżę rowerem, biegam na nartach, codziennie spaceruję ze swoim psem wilczurem, zmieniła mi się sylwetka, mam lepsze samopoczucie i nie umiem narzekać. Cieszę się chwilą tu i teraz. Jak długo? Cóż to zależy od „Opatrzności”.

Irena z Gór Izerskich

 

A może TY też chciałabyś podzielić się swoimi sukcesami? Jeśli tak, to pisz do nas na  info@kobieta50plus.pl

Najciekawsze prace zamieścimy na portalu!

 



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =