Prowincjonalna Pięćdziesiątka

Czego można się spodziewać, gdy jest się kobietą, skończy się 50. i mieszka w małym miasteczku?

Czego można się spodziewać, gdy zawirowania na rynku pracy zajęły się skutecznie osobami z pokolenia powojennego już w połowie lat 90.? Czego można się spodziewać od życia?

To tylko sto kilometrów, ale jakby zupełnie inny świat. Sto kilometrów od stolicy. Więcej lasów, więcej terenów rolniczych, jedyna cukrownia – obiekt zabytkowy – już zamknięta, bo polski cukier się nie opłaca. W produkcji. Jedyny zakład pracy to zakłady mięsne, te same, które teraz fundują nagrodę dla zwycięzcy „Tańca z gwiazdami”.

Ruch zaczyna się około 7 rano, pięćdziesiątki pomykają z reklamówkami po zakupy. Skoro jest się na świadczeniu przedemerytalnym (bo dla zakładów to finansowe obciążenie) albo na rencie chorobowej, dzień się zaczyna wcześnie, trzeba iść po zakupy, kupić chleb, masło (bo margaryna jest jednak niezdrowa, chociaż lepiej się rozsmarowuje), jakąś wodę do picia, wrócić do domu i zrobić coś na obiad. Tak, tak, dzieci są już dorosłe i najczęściej są w Warszawie, pracują, czasem mają mężów-żony, czasem dzieci, ale pozostaje ciągle mąż. A jeśli nawet nie, to trzeba ugotować jakiś rosół na tłustym kurczaku z fermy, może z makaronem. Albo chociaż zjeść kefir z dwoma gotowanymi ziemniaczkami, okraszonymi skwarkami. Bo się w sumie nie przelewa, ale na jedzenie starczy. W końcu na to musi wystarczyć.

Na święta i jakiś talon z zakładów dadzą albo zrealizuje się punkty w sklepie i też talon będzie i jakieś zakupy w związku z tym, w pewnym sensie za darmo, chociaż nie ma nic za darmo. Że taniej jest w „Biedronce”? Pewnie jest, ale kto by kupował ten szajs, który oni sprzedają? Przecież to się do niczego nie nadaje.

Tydzień odmierzają dwa dni: czwartek i niedziela. Czwartek, bo jest targ, przyjeżdżają handlarze z ubraniami (jakby nie było sklepów), ze świeżymi warzywami prosto spod szklarni, może pieczarkami, może cukierkami z Ukrainy (tańsze i lepsze niż polskie), z przymusu się idzie i ogląda, czasem wróci z główką kapusty, bo też tańsza niż w sklepie sieciowym, może u Rosjanek kupi się jakąś chińską tandetną koszulkę, bo to zawsze taniej.
Że badziewie? Badziewie, ale do pierwszego prania będzie jak znalazł. Że potem co druga kobieta będzie ubrana w taką samą w kościele? No, będzie, ale przynajmniej widać, gdzie wszystkie robią zakupy.

No, dobra, część z nich biega po tanich ciuchach i kupuje ubrania z drugiej ręki. Mają swoje ulubione, dogadują się ze sprzedawczynią i pędzą tuż po przyjęciu towaru. Tak po prostu. Może uda się upolować jakąś perełkę ubraniową, kożuch za 300 złotych czy coś podobnego.
Strach kupować coś takiego? E, nie, potem trzeba tylko w domu dobrze wyprać i można chodzić. Że nie wiadomo, kto w tym chodził? A wiadomo, kto przymierzał w sklepie bluzkę, która kupuję? Też nie.

I niedziela, bo trzeba iść do kościoła, przewietrzyć ubrania i buty, te kościółkowe, bo chociaż raz w tygodniu trzeba je pokazać. Trzeba też pójść, pokazać się księdzu proboszczowi, żeby potem nie było gadania w czasie kolędy. Wszystkie pięćdziesiątki tak mają, już nie czują potrzeby wywierania wpływu, podobania się mężczyznom. One odbijają się w oczach księdza, zakonnika, salezjanina. Czasem słuchają nawet Radia ojca Tadeusza, bo on nie śmieje się z ich potrzeby przesuwania w dłoniach różańca i porozmawiania z kimś, kto ich wysłucha. One są nadal potrzebne, może posprzątają kościół, może razem z koleżankami wymienią się obrazkiem i będą odmawiać różaniec codziennie w domu, a może znajdą czas chociaż na przyjście do kościoła, aby odmówić koronkę do miłosierdzia bożego. To o 15. Nie trzeba się zrywać bladym świtem, aby spełnić katolicki obowiązek. Może by panie mogły upiec jakieś ciasto na festyn? Albo ugotować jakiś bigos czy fasolkę? Pewnie, że by mogły, one ciągle chcą być potrzebne.

Bo one czasem mają mężów pijaków, przez których musiały się wyprowadzić z mieszkania własnościowego w bloku i teraz wegetują w jakich komunalnych budynkach, w których nawet wodę trzeba podgrzać w termie na prąd. Drogo. Pewnie, że drogo, ale co zrobić, gdzieś trzeba mieszkać, w końcu człowiek nie jest najmłodszy, niedługo emerytura, więc węgla się nie nanosi.

Sąsiadka to by poszła do pomocy społecznej i się zapisała. Tam emerytom i rencistom dają jedzenie za darmo. Za 30 złotych rocznie. Parę kilogramów ryżu, chociaż od dawna kupuje się ryż w torebkach po 100 gramów, kilka kilogramów makaronu, parę kartonów mleka, którego nikt nie pije. No, to tak. Są tacy, którzy widzą w tym niezły interes, są tacy, którzy potem oddają te produkty zamiast pieniędzy, za wstawienie gniazdka czy naprawienie żyrandola.

Latem jest inaczej, czasami gdy jest kiepsko z kasą, bo się zasiłek skończył, to się idzie i zbiera owoce na zarobek albo na cały dzień do lasu, na jagody albo na grzyby. Czasem się sprzeda, czasem zostawi dla siebie i wkłada w ocet do słoików. Na święta będą swoje i nie trzeba będzie ich kupować.

Jak dzieci są blisko, to czasem wpadną w sobotę, to i obiad się ugotuje specjalnie, i przygotuje coś do wywiezienia. Co z tego, że przez dwa dni będzie stanie w kuchni od rana do późnej nocy, ale za to dzieci nie będą musiały niczego gotować same, wiadomo – praca, dom, najczęściej jeszcze jakieś dodatkowe studia albo studia w ogóle, zaocznie, bo pracować trzeba, trzeba się utrzymać, zapłacić za wynajęte mieszkanie albo trzeba spłacać kredyt hipoteczny. Co za czasy, co za czasy, że trzeba żyć tylko na kredyt. Kiedyś mimo wszystko było łatwiej, bo i mieszkanie w bloku można było dostać, fakt, trzeba je było potem wykupić, ale jakoś to łatwiej przychodziło. A teraz?

Mamo, mama by się zajęła sobą, zrobiła coś dla siebie. Ale po co? W kinie ostatni raz byłam na „Potopie” i zasnęłam, więc od kina nie chodzę. Czasem jak przyjedzie jakiś kabaret albo teatr, to się pójdzie i obejrzy, ale to w sumie zbytek. I bilety po 40 prawie złotych. Tu się nie zarabia jak w Warszawie, a żyć przecież trzeba.

Ale fajnie, bo burmistrz dwa razy w roku organizuje imprezy plenerowe, na łąkach, kiedyś to był teren dla dzieci, teraz stoi scena, ale można pójść, posłuchać (kiedyś grał Krzysztof Krawczyk, były Leszcze, teraz będzie jakiś kabaret), może napić się piwa, chociaż piwo to lepiej w ciszy w domu, z malinowym sokiem ze sklepu. No, jakoś się toczy. Chociaż to impreza dla młodych, dla nich są te sztuczne ognie na koniec, a pięćdziesiątki są od tego, żeby raczej posiedzieć niedaleko na ławce i pooglądać. Niech młodzi skaczą pod sceną.

Czasami trzeba spędzić pół dnia w ośrodku zdrowia, zdrowie już nie takie, jak kiedyś. Raz w miesiącu obowiązkowa wizyta u specjalisty, trzeba coś od nerwów i na krążenie przepisać, lato idzie, więc i alergia, może zbadać sobie poziom cholesterolu (tak, wiem, i tak za wysoki), coś ostatnio mnie kręgosłup boli i cukier chyba za wysoki, bo coraz częściej muszę spać w ciągu dnia. I tak się pocę. Lato idzie, upały, trzeba będzie siedzieć w domu. I dobrze, że nie ma żadnej działki, trzeba by było jak S. latać i otwierać, zamykać folię, podlewać, pielić i w ogóle. A tak można sobie posiedzieć w cieniu.

Wiesz, że twoja koleżanka ma już dzieci. Wiem, niejedna. Można by posiedzieć z wnukami, mogłabyś normalnie chodzić do pracy, a ja bym je wychowała. Jak kilka innych, jak…, siedzą na wcześniejszych emeryturach, w tygodniu pilnują swoich wnuczków w Warszawie, w sobotę albo jeszcze w piątek wieczorem przyjeżdżają do domu, piorą, gotują na kolejny tydzień i w poniedziałek rano znowu jadą. Tylko po co ci taka harówka? Po co masz wychowywać kolejne dzieci, mało ci było trójki własnych?

Czasami widzę te babcie w tramwajach, zmęczone, ale i pogodzone z losem, zupełnie jakby pięćdziesiątka była od tego, żeby wychować wnuki i było to coś oczywistego.

Znowu ktoś umarł, znowu spotykają się na pogrzebie. Pięćdziesiątki. Bo to może być któraś z nich ale też czasem szkoda, bo to dziecko którejś, syn, który wpadł motorem na łosia, córka, która zmarła na raka. Oj, niedobra to choroba ten rak, potrafi zwinąć każdego w ciągu kilku miesięcy, i po człowieku. Zostaje tylko kawałek kamienia na cmentarzu. A taki to był dobry człowiek, tyle życia jeszcze przed nim było, no, szkoda.

Po co chodzą na te pogrzeby? Żeby mieć pewność, że to nie one, że tym razem była pora na kogoś innego, kupi się wiązankę w kwiaciarni i trzeba iść, odprowadzić, zgodnie z chrześcijańskim obowiązkiem. Oj, jak dobrze, że nie otwierali tej trumny, bo to przecież nie ma co oglądać.

Wieczorami są telefony do dzieci i seriale. Dla niektórych „M jak miłość”, bo tam wszystko takie inne, cukierkowo doskonałe, że nie ma takiego życia? Ano nie ma, ale takie kolory śliczne i te ich problemy, jest „Moda na sukces” i „W11”, „Na Wspólnej” i „Klan”, „Plebania”, „Ojciec Mateusz”. Nie sposób teraz wszystkiego oglądać, no, nie sposób. Niektóre (to u mojej pięćdziesiątki) rządzi jednak niepodzielnie „Jaka to melodia?” pięć czy sześć razy w tygodniu, ale lepsza taka gimnastyka niż beznamiętne oglądanie Kasi Cichopek czy innej, doskonałej, Kożuchowskiej.

Gazety mamy przechodnie, obowiązkowo trzeba kupić program telewizyjny, reszta jak było, na miesięczniki nie chce się tracić pieniędzy (dziecko i tak kupi, przeczyta i tydzień później odda, więc po co), zresztą tam ciągle to samo: moda nie dla niej, kosmetyki dla nastolatek, porady dla młodych mężatek i przepisy, których nikt nie wykorzystuje, bo najlepsze jedzenie to tradycyjne, polskie, żadne tam sushi, wymyślne ciasta czy zupy serwowane w bochenku chleba, a o grillu to w ogóle można zapomnieć, jak podać kiełbasę? Z rusztu? Z sałatką z ziemniaków, ketchupem i kawałkiem chleba? A gdzie my tego grilla zrobimy, pod oknem? Bo
nawet balkonu nie ma.

Czasem kościelny po mszy w niedzielę ma jakieś katolickie pisma, ale je kupują tylko ci, którzy mają interes na plebanii, reszta przemyka, aby tylko nikt nie chciał znowu datków do puszek, bo skąd na to brać? Raz w miesiącu i tak jest danina, proboszcz remontuje kościół. Po zeszłorocznych cudownych kulach, które miały oczyścić mury z wilgoci, w tym roku zatrudnił ekipę i zaplanował remont za 360 tysięcy. I co miesiąc odhacza, kto dał i ile. Bo kopertę trzeba podpisać.

Gdyby były inne czasy, pewnie spokojnie by dalej pracowała, do samej emerytury. Ale czasy były takie a nie inne, większość ludzi nie była potrzebna, bo tylko generowała koszty. Na prowincji pięćdziesiątka to tylko obciążenie budżetu państwa, chociaż uczciwie zapracowała na swoje świadczenie. Nie jest to pokolenie okupujących ławki przed blokiem czy w parku, nie przesiadują w oknach, nie są związane z pracodawcą, ale chcą coś robić, coś więcej niż tylko pranie, prasowanie, gotowanie, wycieranie kurzy, mycie okien, wieszanie firanek. No, chyba, że dla kogoś, za pieniądze, to proszę bardzo.

Programów +45 czy +50 nikt nie uruchamiał, bo po co, chętnych nie ma, a jeśli nawet są, to samo wdrożenie programu wymaga takiego zachodu, wypełnienia tylu dokumentów, a zyski mogą być mizerne. Bo oficjalnie w mieście dla tej grupy zarejestrowanego bezrobocia nie ma.
Oficjalnie.
Są tylko pięćdziesiątki, które szukają sobie miejsca. W życiu.

Agnieszka Pogorzelska

Od Redakcji:
Reportaż pt. Prowincjonalna Pięćdziesiątka zdobył trzecią nagrodę w konktursie Polka Pięćdziesiątka. Autorce serdecznie gratulujemy !

Refleksje na temat wyników konkursu.



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =