Trzecia rozmowa z Teresa

Pytasz mnie o moje 50lecie? Jakie było? To był fatalny punkt w moim osobistym życiu. Obiecałam sobie, że wyprowadzę się od mojego 2giego męża, z którym spędziłam ostatnich 10 lat. I zrobiłam to.

Refleksja jaka razem z tym przyszła nie była zbyt miła. Miałam poczucie, że zawaliłam pierwsze małżeństwo, a teraz drugie. Takie miałam poczucie. Gdzie ja teraz jestem? Co ze mnie za kobieta? Dzieci nie mam i już nie będę mieć. Małżeństwa też już nie mam. Ale żeby ratować swoje życie, musiałam skończyć ten związek, który w rezultacie okazał się fatalny, nie dający nic dobrego, oprócz fajnych przyjemności. Bo np. mój mąż uwielbiał robić mi niespodzianki- zasypywał mnie brylantami. I np.za w każdą rocznicę wspólnego życia dostawałam karat, wymyślni schowany – a to w garnku do kuchni właśnie kupionym, a to aparacie fotograficznym. No bardzo ładnie przygotowywał te niespodzianki.  Mieliśmy jacht, oboje uwielbialiśmy żeglować, duży piękny dom – oboje uwielbialiśmy przyjmować gości i to my byliśmy najlepszą wśród przyjaciół parą do przyjmowania gości.

Wyprowadziłam się, i po raz pierwszy od 10 lat zamieszkałam sama w maleńkim, wynajmowanym mieszkanku. I poczułam się dobrze. Dobrze poczułam się na temat, że sama o sobie znów stanowię, mam coś, co w pełni ogarniam, jestem wśród rzeczy, które lubię. No i w tym momencie są moje 50te urodziny.

Na ostatni moment skrzykuję do mojej dziupli 50 osób mniej więcej – i robię zabawę. W końcu taki dzień jest tylko raz w życiu.

A potem powrót do równowagi. Miałam bardzo dobrą pracę. Zarabiałam naprawdę nieźle, w moim ulubionym zawodzie – architekta wnętrz i poczułam się bezpiecznie finansowo. A trzeba ci wiedzieć, że zupełnie tego nie czułam ze swoim mężem, który po prostu na różne sposoby ciągnął ze mnie forsę i w różny sposób niebezpiecznie lokował moje oszczędności. Więc spokojniej odetchnęłam.

No i co dalej?

Tymczasem czas płynął ... Ja ciągle sama... Zrobiłam już to wszystko, co chciałam zrobić będąc w pojedynkę i realizując solo swoje różne pomysły. Już wszędzie byłam sama.

Kiedyś jestem w Japonii., sama.... i tam jest zwyczaj, że wypowiada się w świątyni swoje życzenia.. I nagle, wbrew, a może raczej niespodziewanie dla samej siebie, po wrzuceniu pieniążka  ...wyklaskałam ( bo Budda lubi kiedy jest głośno) - Budda give me a husband.

Ślicznie tu jest, Ale nie chcę tu być sama.

To prawda - czułam się sama...co teraz? Bo ja tak w sumie lubię być z kimś o kogo mogę dbać,  do kogo lubię przytulić się gdy jestem przeziębiona, kto mi poda herbatę, no po prostu towarzystwo mężczyzny dodaje uroku codzienności.

I wtedy zaczęłam romans z Janem. Moim aktualnym mężem. Były to takie wakacyjne spotkania w różnych częściach świata. Poznaliśmy się na wspinaczce na MaciuPicziu, potem gdzieś w Peru, narty w Alpach... wiesz, taka fajna znajomość...może również dlatego, że nie do końca zobowiązująca. Ale nie wydawał mi się materiałem na partnera życiowego.

Czas płynął, Jan niepostrzeżenie zaczął powoli wypływać jako mój emocjonalny partner.

Mieszkał w Holandii. Powolutku zbliżaliśmy się do siebie. Najpierw coraz częstsze  telefony i  maile. Gadaliśmy o wszystkim. O swojej pracy, o zdziwieniach, o naszych następnych podróżniczych planach, o potknięciach w codzienności. Nagle okazało się, że „uzależniliśmy” się od tych rozmów ... a ja łapałam się na tym, że śpieszę się do domu, żeby jak najszybciej opowiedzieć o wszystkim Jasiowi.

Gdybyśmy byli blisko siebie fizycznie, nawet w połowie nie opowiedzielibyśmy sobie o tak wielu rzeczach – od najważniejszych, do najmniej ważnych. Niezwykle zbliżyliśmy się ze sobą. Aż w końcu Jan mówi – fajnie się tak rozmawia, ale ja już chciałbym to robić tete a tete więc – przyjeżdżam. Ale jeszcze ciągle nie było mowy o małżeństwie. Byliśmy razem i to wypełniało te moje potrzeby, o których ci mówiłam – ja dbałam o kogoś, ktoś przykrywał mnie kocykiem i podawał kubek z herbatą.

Ile ma lat Jasiek? Jest o 15 lat młodszy ode mnie. Wiesz, wtedy gdy nasz romans zaczął przybierać postać stałego związku nie był to dla mnie żaden problem. On wygląda starzej ode mnie :-), to ja mam więcej energii, to ja potrafię zaszaleć przez całą noc, przetańczyć,  ja jestem aktywniejsza - dalej w góry mogę pójść.. śmielej jeżdżę na nartach – tzn. wtedy tak było. Mimo, że jemu niczego nie brak, jest ok, ale to ja jestem energią w naszym związku.

Przyjaciółki oczywiście na to – zwariowałaś Będziesz musiała cały czas się starać, brzuch wciągać, podbródek trzymać i ślicznie wyglądać. No może i tak trochę jest, że to mnie mobilizuje... ale On jest pod tym względem zadziwiający. Nie lubi mnie wymalowanej, wystrojonej... jeśli sobie wyobrazimy informatyka żyjącego w trochę innej przestrzeni niż inni ludzie – to on taki właśnie jest. Może jedynie woli kiedy jestem szczuplejsza, choć to wcale nie znaczy, że nie lubi mnie okrąglejszej. Więc wtedy, gdy decydowaliśmy się na stały związek nie był to dla mnie żaden problem. A co ważne – ja sobie wydawałam się bardzo młoda – pod każdym względem. Istotny by fakt, że nie chciał mieć dzieci i nie zależało mu na formalnym związku – więc tutaj nie było żadnych sprzeczności. Jedyny zgryz jaki wtedy powstał – to jak przedstawić to jego rodzinie. Uzgodniliśmy wersję – jestem kilka lat starsza i tak to funkcjonuje do tej pory.

Po jakimś czasie, ze względów czysto praktycznych usankcjonowaliśmy ten związek małżeństwem. On musiał jeździć co jakiś czas do Holandii, trzeba było pamiętać o formalnościach z tym związanych. To było męczące. Nie bardzo się paliłam, bo to miał być mój trzeci ślub. A jego pierwszy.  Jan nie przepadał za Ameryką. Dopiero gdy dostał naprawdę dobrą, pełnotłustą pracę w Stanach poczuł się na swoim miejscu.

A dzisiaj?

Kupiliśmy nareszcie nasz dom. Znasz mnie i jak się domyślasz przewróciłam wszystko do góry nogami łącznie ze ścianami.

I, jak wiesz w zeszłym roku złamałam biodro. Zaczęłam być dużo ostrożniejsza. Już nie szaleję na nartach. No i to jest dla mnie zgryz... Pojawiły się jakieś cholerne bóle, np. kręgosłupa... coś co nie istniało w moim życiu i co mnie cholernie wkurza i budzi mój wewnętrzny protest.

I oczywiście o przewrotności losu – kiedy jest kasa, czas i wszelkie możliwości by zrobić w domu to wszystko co sobie wymarzy łam... ja nie mam energii. Mam plany konkretne.. tymczasem mogę się założyć, że dzień podstępnie uległ skróceniu. Ma teraz najwyżej 17 – 18 godzin. Z niczym się nie wyrabiam w określonym czasie. Robię sobie plany i zupełnie mi one nie wychodzą tak jak powinny. No i zaczynam się frustrować...

W związku z tym poszłam w to, w co nowoczesne kobiety wchodzą teraz. Czyli kontakt z psychologiem. Pani mi wytłumaczyła, że zupełnie mi się w głowie poprzewracało. Że istnieje pewna chronologia życia. Że mam swoje lata i muszę przyjąć do wiadomości, czy mi się to podoba czy nie, że teraz to już coraz częściej będzie mi strzykało w kościach...i żebym się od...liła z pomysłami, że wszystko mogę. A jeśli z tego powodu wpadam w doły, to ona ma tabletki, które przyjmowane w małej dozie powstrzymywać będą najsilniejsze obsuwy. Nie wiem, czy to argumenty pani psycholog, czy rzeczywiście tabletki, które zresztą odstawiłam po 2 mcach, faktem jest że wyszłam z tego. Zrobiłam porządek w umyśle po kilku dniach spędzonych dawnym sposobem w łóżku z książką i kawusią. I wybrałam chyba jedyną rozsądną metodę – a mianowicie przyjęłam do wiadomości, że już nie będzie tak jak dawniej.

I mówię sobie, gdy cos się nie zgadza zapiąć idealnie w czasie – no cóż... w końcu masz prawie 60 lat...

Moje przyjaciółki przyjmują różne przeciwbólowe specyfiki od świtu. Ja nie chcę się tym faszerować.

No i teraz dochodzimy do odpowiedzi na pytanie – jak teraz wygląda ta różnica wieku między nami...Mną i Janem. Teraz zaczynam to powoli odczuwać... Kiedy rano wstaję mam wrażenie, że moje ciało to niedołężna, nienaoliwiona machina. I boję się, by on tego nie zobaczył. Choć jest bardzo opiekuńczy, chętny do pomocy. Tak naprawdę boję się niedołężności.

Więc zaczynam zwalniać. Kiedy mam przed sobą jakąś podróż i wiem, że będę musiała np. taszczyć walizę przez tory, to się zastanawiam, czy warto puszczać się w tę podróż.

Nie ma co ukrywać – jest inne tempo i inne przyjemności. Mam jeszcze chwilę czasu do tej 60tki, całe 2 miesiące :-). I mam nadzieję, że uda mi się wkroczyć w nią godnie i w rozsądnym tempie. Że np. będę pamiętać o tym by poprosić mojego męża o to, by otworzył słoiczek, zamiast sama mocować się z pokrywką, co moje przyjaciółki robią od 20 lat.. a mnie do tej pory do głowy to nie przychodziło.

I oczywiście wtedy zacznę myśleć o następnej 10tce...

Oczywiście gdy mam parcie na siebie, na myślenie o sobie chodzę na pływanie, na siłownię. Ale równie szybko potrafię to zarzucić... i to mam sobie za złe.

I oto już wiesz z grubsza wszystko. I tak się zastanawiam po co ci to wszystko opowiadam... życie jak życie.. ani lepsze, ani gorsze od moich rówieśniczek. Tu czy gdzie indziej...Ale skoro postanowiłaś robić taka kronikę polskich życiorysów „baby boomersów” .. to oddaję te słowa w twoje ręce.

I tylko jeszcze ci powiem, że doszłam do wniosku, iż nasze pokolenie było chyba pierwszym, gdzie rodzice starali się dać dziewczynom wykształcenie i wymodelować ich życie na niezależne.

Jak patrzę na kobiety urodzone w latach 50tych w Polsce, to jestem pełna uznania dla nich. Że umiały przełamać obowiązujący przecież powszechnie motyw faceta „macho” w domu, pracując, robiąc jakieś kariery zawodowe, czy po prostu nie dając się totalnie tłamsić jako te od cerowania i gotowania. Wydaje mi się, że zrobiły to w znacznie większym stopniu niż np. w Stanach, i w znacznie trudniejszych warunkach.

Ok, obiecuję, że następne 10lecie też spróbujemy podsumować słownie.

Z cyklu "Nieformalne CV" część trzecia i ostatnia rozmowy 

Ewa Kubicka (wywiad i zdjęcia)

Przeczytaj również  pierwszą częśćRozmowa z Teresą  i część drugą   Druga rozmowa z Teresą

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 21 urodziny z ojcem

 

 

 

 

 

  

 

 

 

Wiedeń 1969r. z ojcem 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

50te urodziny z ojcem 



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =