Zwariowany czy twórczy?

Postanowiłam napisać o nas, o mnie i moich dzieciach. Życie w ogóle nie jest łatwe.

Dygresja - nie dość, że trzeba się czasami wywiązywać z podjętych zobowiązań, to jeszcze trzeba się dogadywać z ludźmi, wysłuchiwać nonsensów i patrzeć milcząco na ich błędy. Przed chwilą ja, syn i jego dziewczyna przeprowadziliśmy dyskusje, która właściwie zamieniła się w sprzeczkę na temat koszenia trawników. Mój syn uważa, że koszenie jest bez sensu, wykoszona trawa żółknie i wygląda okropnie. Zasadniczo zgadzam się, chociaż moi znajomi koszą ją ze względów – jak twierdzą – przeciwpożarowych, bo wśród tej trawy stoi ich drewniany dom i broniłam uparcie tej tezy. Nie wykoszona trawa, podobnie jak wykoszona schnie i wygląda okropnie, ale zachowuje wilgoć wewnątrz i chroni ziemię przed wysuszeniem. Nie ulega wątpliwości, że łany szumiącej trawy są fascynujące i o wiele piękniejsze niż wykoszone ściernisko, a mogą w nich śpiewać świerszcze i buczeć owady, co jest cudowne! Syn uważa, że koszenie pięknych wysoko zarośniętych trawników to tylko ludzka potrzeba kręcenia się w kółko i robienia czegokolwiek, byle nie siedzieć bezczynnie i nie dopuszczać rozsądnych myśli do głowy. Synowa (znaczy - jego dziewczyna) uważa, że ludzie mają przyzwyczajenia, koszą trawniki w imię estetycznych przyzwyczajeń i nawyków oraz w imię niepisanej społecznej umowy ... Estetyczne upodobania ludzi nie podlegają ocenie. Próbowałam znaleźć dla tej trawnikowej masakry inne logiczne uzasadnienie. Trawnikowe rozważania są elementem naszej wspólnej egzystencji podobnie jak konieczność mycia garnków, mycia ubikacji, robienia prania i wyjmowania włosów z dziurki w wannie (podobno wszyscy je wyjmujemy, a one jakimś cudem ciągle tam są). Na mojej działce trawa jest pięknie nie wykoszona i jest to skutek wpływu, jaki wywarli na mnie moja synowej i syn. Mam wrażenie, że córka trawnikiem aż tak bardzo się nie interesuje i myślę, że ma spory dystans do tych spraw (jak każdy bardzo bystry człowiek ma dystans do bardzo wielu spraw) aczkolwiek broni z zapałem poglądów syna i jego dziewczyny.

No tak, to była mała dygresja.. ale dzięki tej dyskusji złapałam motyw do pisania obiecanego artykułu.... I niejako przedstawiłam nas.

Kilka dni temu znajoma poprosiła mnie, żebym napisała coś o swoim macierzyństwie, o macierzyństwie dojrzałym, z dorosłymi praktycznie dziećmi. Dodam, że w moim przypadku jest to rodzicielstwo samotne, bo wychowywałam swoje dzieci sama. Ich tata, aczkolwiek był z nimi zawsze w żywym kontakcie, nie podejmował ze mną współpracy. Sprawa naszych dogadywań od zawsze wymykała mi się z rąk i generalnie odpuściłam. Moje macierzyństwo było więc ogólnie bardzo samotne, bardzo szczęśliwe, ale nie ukrywam, że chwilami bardzo trudne. To było spore wyzwanie i wielki wysiłek.

Mając do wypracowania jakieś minimum finansowe nie miałam wyjścia, czasu było mało. Postawiłam w swojej hierarchii wartości tylko na wybrane elementy, bo wszystkiego się nie dało zrobić, nie starczało mi sił i chęci. Zatem dla naszego funkcjonowania istotne były pieniądze. Moim głównym zadaniem było dostarczenie środków na utrzymanie (dostawałam alimenty, które były w wysokości czynszu za mieszkanie). Praca, praca, praca, a w wolnych chwilach rodzina.... A w rodzinie najważniejszy był kontakt z dziećmi. Chwila na spokojną rozmowę. Często nie było czasu na sprawdzanie lekcji, często nie było czasu na sprzątanie mieszkania. W wolnym czasie starałam się przede wszystkim zachować kontakt z dziećmi, normalny zdrowy kontakt, w którym byłoby miejsce na uśmiech, na spokojną wymianę poglądów, na kłótnie, godzenie sie, na żarty i przyjemność z bycia ze sobą. Nie wyobrażam sobie wychowywania dzieci bez żywej, prawdziwej zmiennej temperatury w naszych stosunkach i bez przyjemności z tych relacji. Gdyby było inaczej unikaliby mnie i znaleźli by wsparcie gdzieś poza domem. To nie znaczy, ze udało nam sie uniknąć ostrych "zadym" w naszym domowym raju. Były. Zwłaszcza między mną a córką, chyba jesteśmy podobne i podobnie uparte.

Zatem dom mój był zwariowany, zabałaganiony, nie posprzątany, często nie było ugotowanego obiadu.... ale był przyjazny. Sądzę, że popełniłam masę błędów wychowawczych, chyba uwielbiam popełniać błędy, a potem muszę jakoś je naprawiać. W końcu wszyscy je popełniamy, bo wszyscy stale się uczymy, takie jest życie, a każdy popełnia inne, na swoją miarę. Ale to chyba nie było błędem: uważałam i uważam, że dom nie jest MÓJ, a NASZ. Zakładałam, że tworzymy go wszyscy razem. Przyznam, że byłam w nim często bardzo zmęczona, zabiegana i sfrustrowana z powodu pracy, bo pracowałam w domu i to było pewnie źródłem moich potknięć.... Ratowałam się jak mogłam. Szybko odpuściłam sobie gotowanie (kiedyś dzieciaki za bardzo wyrażały swoje niezadowolenie z przygotowanych przeze mnie posiłków, więc zostawiłam im ten temat, obecnie kulinarnie najbardziej udziela się syn). Czynność sprzątania podzieliłam na jakieś kawałki, którymi obdzieliłam szczodrze dzieciaki (wychowawczyni w podstawówce nie uwierzyła, kiedy syn powiedział jej, co należy do jego domowych obowiązków). Nie za bardzo wiedziałam, co mają w zeszytach i czy w ogóle mają jakieś zeszyty, ale pamiętałam, w której są klasie i nawet czasami chodziłam na zebrania do szkoły... w liceum dopiero przestałam (nie wynikało z tych zebrań dla mnie nic sensownego, strata czasu, a składki wpłacić mogłam na konto). Uważałam, ze szkoła jest ich sprawą i mają sobie dawać radę sami, bo i tak za rączkę tam ich nie będę ciągnąć. Moja praca zarobkowa była wystarczająco dla mnie angażująca. Swoje zaangażowanie w szkolne problemy dzieci zostawiłam na czas, kiedy takowe będą, a kiedy się pojawiły, rozwiązanie ich powierzyłam siłom wyższym, bo już było za późno na naprawianie zaszłości. Sama uzbroiłam się (nie zawsze skutecznie) w cierpliwość. Całe szczęście siły wyższe oraz moja wiara w nie, były skuteczne.

autorka

 



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =