Po co nam ta moda?

Podobno dopóki zależy nam na wyglądzie - kobietom, ale również mężczyznom, jesteśmy młodzi

Jako kobieta 50plus znajduję się w szczególnie trudnej sytuacji. Czuję się młodo, może nawet zbyt młodo - w głębi duszy nie wyrosłam jeszcze z radosnej siedemnastki, która ma pstro w głowie. Zachwycają mnie wystawy w centrach handlowych: bajkowe połączenia kolorów, mini szorty do kusego płaszczyka z krótkim rękawem, koronkowe obcisłe kombinezony na opaloną skórę, obłędnie wysokie szpilki – cudnie być długonogą siedemnastką.

Natomiast z luster w tychże centrach spogląda na mnie zwielokrotnione odbicie dojrzałej kobiety, której niezbyt dobrze w intensywnych kolorach. W szortach może i tak, ale ew. w Grecji i żeby nikt nie widział, bo pajączki na nogach, nawet żylaki, i w sumie bezpieczniej owinąć je tuniką. Gruby płaszcz z krótkim rękawem wymyślił chyba jakiś sadysta – zamarzłyby mi przeguby rąk. Moje ramiona, zwłaszcza w okolicach pach już nie za bardzo nadają się do koncentrowania na nich uwagi, a w szpilkach chyba tylko do telewizji...Gdybym założyła taki zestaw z manekina – nic, tylko z tyłu liceum, z przodu muzeum. Dobrze, że w odpowiednim wieku nachodziłam się w krótkich spodniach – ten etap życia mam za sobą. Na szczęście nie czuję się w tej dziedzinie nie zrealizowana.

Widzę więc w lustrze osobę dojrzałą, która ze względów estetycznych nie we wszystkim dobrze wygląda, ze względów zdrowotnych nie we wszystkim jej wygodnie, odpowiednio ciepło lub chłodno (wspomnienie jedwabnych letnich bluzek), ze względów prestiżowych nie wszystko jej wypada (wiele jest spotkań oficjalnych i należy dbać o wizerunek firmy, nie wspominając o własnym). I tak dalej... i tak dalej...

Na pewno każda kobieta w moim wieku chciałaby wyglądać przynajmniej elegancko.
To niekwestionowany wyraz jej kultury osobistej, ale i indywidualny wkład w poziom cywilizacyjny naszego kraju, zwykle oceniany przez wygląd tzw. ulicy. Niestety to dążenie do elegancji ma się najczęściej odwrotnie proporcjonalnie do grubości naszego portfela. Sklepy „dla eleganckich kobiet” ze względów finansowych są dla nas niedostępne, nawet podczas wyprzedaży. Na szczęście i tam niewiele dla siebie znajduję – wszystko jakieś takie powymyślane na siłę, skończone, zamknięte, przesadzone, a więc jednorazowe. Zupełnie jak kolekcje dla małolat, tylko w odwrotną stronę – pomięte, niechlujne, jednorazowe ze względu na słabą jakość materiałów i wykończenia (widoczną zwłaszcza po pierwszym praniu), zbyt odważne, często wyzywające wzornictwo i kolorystykę, a w związku z tym znowu niedostępne, choć na pewno bardziej przystępne cenowo.
 
Ciężki problem z przemysłem lekkim

Oglądanie tych wystaw w galeriach (ubrania do oglądania – jak dzieła sztuki w muzeach) jest jednak bardzo pożyteczne, wręcz niezbędne. Bowiem czy tego chcemy, czy nie, wcześniej czy później zakładamy nakazane przez aktualną modę wąskie lub szerokie spodnie, inaczej zestawiamy kolory, wzory i faktury tkanin, nasze żakiety mają inne ramiona, nasze buty inny kształt nosków i obcasów, koszule inne kołnierzyki itd. To szerokie zagadnienie nauk psychologicznych, społecznych, a zwłaszcza ekonomicznych. Faktem jest, że inwencja twórcza projektantów od lat co sezon nieubłaganie napędza rytm kroków modelek na wybiegach, a w konsekwencji cały światowy przemysł lekki. Czy staniemy się z czasem ogniwem zwisającym bezwolnie na końcu tego łańcucha, czy, gorzej, trzaśniemy drzwiami szafy, że znowu nie mamy się w co ubrać, czy popatrzymy z ciekawością i wybierzemy z nowej oferty to, co dla nas najbardziej odpowiednie, co nas ożywi, odmieni, co możemy szybko dostosować do naszych dotychczasowych zasobów w szafie i możliwości konta – zależy tylko od nas. No, może nie tylko. Ale na pewno w większości jednak od nas.
 
Jak w tym obłędzie nie zginąć?
Jak trzymać rękę na pulsie, ale zachować dystans i nie pozwolić na uzależnienie się od mody? Jak nie uczynić z kupowania nowych ciuchów złudnego leku na nasze problemy w innych sferach życia? Jak nie stracić na ubrania wszystkich pieniędzy? Co później zrobić z górą ubrań, z których każde jest materialnym dowodem naszej porażki i zamiast ukoić bóle egzystencjalne – dobija?

Ubranie dla mnie to jeszcze na dodatek wyraz osobowości. Moja nieszczęsna siedemnastka w głowie, te idee egzaltowanej panienki ciągle przypominają, że każdy człowiek musi mieć osobowość, którą widać na pierwszy rzut oka, musi być „jakiś”, nie „byle jaki”, musi mieć kolor. Jak w naporze tysięcy wystaw, kolekcji, często godnych pozazdroszczenia pomysłów projektantów zachować indywidualność i obronić siebie? Jak traktować osoby, które zajmują się wizażem? Jaką osobowość mają naprawdę ci, których ubierają inni? Prawda o nich wychodzi dopiero wtedy, gdy są zmęczeni, zagonieni, gdy nie stać ich na stylistę, gdy zaczynają sami kupować i zestawiać swoje ubrania? Czy można się tego nauczyć? Czy wystarczy ta „osobowość”?

Jak nie przegrać codziennego zmagania się z modą? Przy niemal codziennym zaskakiwaniu przez zmieniającą się pogodę, samopoczucie, nowe sytuacje? Jak być elastycznym, dostosować prędkość do warunków jazdy, nie popaść w skrajności, nie stać się śmiesznym?

Czy w ogóle jest sens traktować modę poważnie? Jak bawić się modą, taktować ją z przymrużeniem oka? Jak cieszyć się modą? Jak cieszyć się życiem? Nie zostać obok życia, poddając się jednocześnie jego pędowi? Jak znaleźć złoty środek?

Te i podobne pytania nurtują mnie od lat.
I na pewno nie jestem odosobniona w tym filozofowaniu na tematy być może niegodne filozofii...

Ale filozofowanie to nie tylko stawianie pytań. To również próba odpowiedzi. Na razie widzę cztery warunki konieczne wygrania naszego wyścigu z modą:
  1. Zdrowy dystans do mody – chyba, że mamy ambicje bycia kreatorami mody. Świat się nie zawali, jeśli nawet znajdziemy się w dziesiątce najgorzej ubranych kobiet świata.
  2. Realna ocena własnych kształtów, kolorów i refleksja nad naszą „osobowością” – co nam się naprawdę podoba, o co nam naprawdę w życiu chodzi.
  3. Świadomość, że dobry wygląd nie jest celem samym w sobie – jest oznaką naszej młodości, aktywności, naszego zainteresowania otaczającym światem, narzędziem do lepszej pracy, do działań na rzecz drugiego człowieka. Dzięki akceptowanemu wyglądowi jesteśmy bardziej odporni na stres, bardziej odważni, bardziej uprzejmi i życzliwi, co jest niezbędne w codziennym życiu każdego. Mamy więcej chęci do pracy. Może ta moda jest biletem do bardziej radosnego życia?
  4. Stworzenie bazy w szafie. Pozwoli nam to na zminimalizowanie stresu, w co się ubrać i straty czasu nad ciągłym poszukiwaniem. Wiemy, że zmienność mobilizuje, zmusza do ciągłej kreatywności, ale ile można. Tym bardziej, że mamy na głowie tysiąc innych spraw. Natomiast gdy mamy dobrą bazę, niewiele nas zaskoczy. Wystarczy już tylko jakieś małe „coś”, nawet jakiś drobiazg, jakiś za przeproszeniem guzik...i mamy nową kreację.

To moje cztery conditio sine qua non - jak cztery filary podtrzymujące scenę. A na scenie – oczywiście pokaz naszej mody. To marzenie...

Gdy miałam moje siedemnaście lat, w sklepach wszystko było w brudnych kolorach – jakieś buraki i ohydna butelkowa zieleń, zbyt niebieski niebieski. Czerwony nigdy nie był radosny – zawsze było w nim coś tragicznego i odrażającego, a pomarańczowy w oryginale można było zobaczyć tylko na święta po odstaniu w kolejkach. Gdy chciało się mieć coś innego, trzeba było to wymyślić i zrobić samemu. Od ufarbowania jakiejś znalezionej cudem w babcinej szafie czy na targu tkaniny. Na szczęście Babcia realizowała moje ryzykowne pomysły. Wiele tych pomysłów widzę dopiero teraz na wystawach w centrach handlowych. I trochę mi jednak żal tej siedemnastki...

Ale były materiały. Od tamtych czasów zdążyłam się przekonać, co znaczy jakość ubrań: solidny, szlachetny, naturalny materiał plus wykonanie. Do tego rozwój przedsiębiorczości - ogrom miejsc pracy. Niestety najczęściej nie w naszym kraju...wszystko przecież made in China. Nasz przemysł lekki w gruzach. Nasza ziemia obiecana...Żadna z nas nie zrobi sobie przecież sama butów. Niestety – wzdychamy często. Buty to wciąż największy problem...

Wygodne skórzane buty
na normalnym obcasie to problem. Spódnica wełniana prosta to problem. Bluzka jedwabna kremowa to problem. Żakiet klasyczny wełniany granatowy to problem. Apaszka jedwabna to problem. Bielizna bawełniana to problem... A może nie dajmy się? Dlaczego nie my? Czy to jakieś ponadludzkie zadanie? Chcesz mieć zrobione dobrze, zrób sobie sam. A więc jaka to ma być moda?

Elżbieta Stanik



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =