Co mężczyzna to ząb

No i wiesz, zawsze jak się z  którymś rozstawałam to tak bolał mnie ząb, że musiałam go wyrwać...

„Na miłości zęby zjadłem, każdy z innym czupiradłem” - fraszka ta autorstwa Jana Sztaudyngera stanęła mi przed oczami „jak żywa” kiedy usiadłam wygodnie na nowym seledynowym fotelu dentystycznym we wrocławskiej przychodni gdzie można na fundusz jeszcze co nieco w zębach porobić. Zanim otworzyłam usta, tyle, że nie do konwersacji tylko do medycznej mordęgi, ale za to dla zdrowia i urody, spojrzałam na pochylającą się nade mną twarz młodego stomatologa i moje ponad 60-letnie serce drgnęło niebezpiecznie. Ale facet! Ciemne włosy, którym do siwiejących  jeszcze ze ćwierć wieku albo i więcej, białe zęby równe jak wymierzone linijką, oczy lekko przymknięte jakby coś jeszcze wczorajszego wieczornego sobie przypominały... Różnica wieku równa o połowę w plecy dla mnie i zaraz skojarzenie przyszło i poczucie niesprawiedliwości damsko – męskiej. To faceci bez niczego o połowę młodsze panie sobie biorą i są wtedy bohaterami na niwie towarzyskiej gdy tymczasem dojrzała pani gdyby sobie przygruchała takiego młodzieniaszka to byłaby afera  we wszystkich brukowcach, a  języki nie nadążyłyby z młóceniem!  Ale poczekajmy, cierpliwość to ostatni klucz, który otwiera drzwi...

Wracając jednak do zacytowanej fraszki to  kiedy pan doktor zaczął mi przegląd robić i dyktować pani asystentce, które ząbki  wyszły już na wieki wieków i nie powrócą, przypomniała mi się moja bardzo wiekowa znajoma, którą swego czasu odwiedzałam. Była unieruchomiona w łóżku przez reumatyzm już od kilkunastu lat, ale trzymała się dzielnie, reprezentowała zawód artystyczny, wciąż solidarnie odwiedzali ją znajomi po jej artystycznym fachu i do końca swoich dni zachowała piękną pogodę ducha. Bardzo lubiłyśmy rozmawiać o wszystkim, także o mężczyznach. Uwielbiałam ten moment kiedy przymykała filuternie oczy i mówiła: „Poczekaj, niech  policzę ilu ich było... A więc tak : był Jóźku, Jaśko, Władek – no, ten to do teraz przychodzi - Stasiek, Romcio”... i tak dalej. Zazwyczaj dochodziło do jedenastu. Następnym razem imiona się nie bardzo zgadzały, ale to nieważne – jak zwał tak zwał.... „No i wiesz, zawsze jak się z  którymś rozstawałam to tak bolał mnie ząb, że musiałam go wyrwać...”

Kiedy więc zjawiskowy pan doktor wyliczał moje ubytki ja pod wpływem przypomnianej  sobie  fraszki i  wspomnień mojej urokliwej znajomej  zrobiłam natychmiast szybki rachunek „zysków i strat”. Nie będę mówić ile naliczył mi wyrwanych zębów,  w każdym bądź razie przelatując się po pamięci jak po taśmie filmowej zgadzało się co do jednego!

Kompleksów jednak się nie nabawiłam skoro jedna z bohaterek polskiej klasyki, osławiona burzycielka mrówczych kopców, czyli Telimena z „Pana Tadeusza” będąc już dobrze po trzydziestce i spotkawszy się z młodym dwudziestolatkiem Tadeuszem, który myślał, że ma do czynienia z pięknym jasnym zjawiskiem widzianym przelotnie rano czyli czternastoletnią Zosią,  roześmiała się zbyt szeroko w którymś momencie miłosnej schadzki i pokazała jak na dłoni brak trzech zębów co nie uszło uwadze uwodzonego młodzieńca...

Na szczęście przód mam jeszcze dobry więc na najbliższe lata jest zapas jakby co...  Pewnie, że lepiej byłoby od razu mieć obiekt jedyny na całe życie bo szkoda zębów, ale życie to ruch niejednolity, nieujarzmiony i zakręcony, a miłość jak widać  to twardy orzech do zgryzienia choć tak słodko smakuje...

Z wrocławskiej werandy
Ewa  Radomska



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =