Czy komuś się jeszcze chce?

Czy komuś się jeszcze chce? Wszystko się zaczynało od drzwi, za którymi były schody do piwnicy. Tuż za progiem ogarniał chłód i wilgoć; pewnie dobrze by tam dojrzewały sery. Pod koniec schody zakręcały w lewo, a na zakręcie, w cieniu i chłodzie stała beczka.

Pokrywę dociskał wielki kamień, a pod spodem buzowała kiszona kapusta. Za beczką było jeszcze pomieszczenie, dawna pralnia, gdzie się tę kapustę szatkowało, i to szatkowanie wcale nie wyglądało na zwykłą pracę gospodarską, tylko na napad babcinego szału, bo jeździła wtedy główkami kapusty po szatkownicy jak w transie.

W domach dzień szatkowania był jednym z tych dni, kiedy wszystko było podporządkowane przerabianiu świata na przetwory. Ogórki, kapusta, kompoty, gruszki i śliwki w occie, czarne, długo smażone powidła, a później szaleństwa lat osiemdziesiątych: sosy i inne wymysły. Agrest. Borówka. Czarna porzeczka. Gruszka. Jabłko. Morela. Pigwa. Rabarbar. Truskawka. Węgierka. Wiśnia. Jedzenie na zimę. Któż nie uczestniczył w tym szaleństwie?

Cała Polska stała wtedy na słoikach: naczynia wypełnione przetworami to był fundament bloków i kamienic, podbudowa domów jednorodzinnych i szeregowych. Każdy konserwował, co miał pod ręką, jak leci. Wypełniał butelki i słoiki, twisty i wecki, baniaki.

Konfitura do herbaty, żurawina do mięsa, kiszone grzyby, dżem morelowy, małosolne ogórki. W przetworach mieszał się handel, nauka, szaleństwo i poświęcenie; niektóre wymarły, bo przepadli ludzie, którym chciało się je robić.

Tak jeszcze do niedawna bywało w niektórych domach. A teraz? Czy komuś się jeszcze chce to robić? Zanika wspaniała umiejętność przetwarzania owoców i warzyw. Szkoda, bo była to, a może gdzieniegdzie jeszcze jest, wspaniała sztuka przedłużania daty spożycia witaminom, cukrom i mikroelementom. Już tylko sklepy ekologiczne i agroturystyka dają nam namiastkę babcinego „szału”.

Opracowała kenya (źródło: Tygodnik Powszechny)



Autor wpisu*:
2 x 9 (mnożenie)
wynik podziel przez 6 i dodaj 0.5 =